Wycieczka motocyklowa do Albanii i Grecji - Część 2: motocyklem po Albanii

Niedaleko nas rozbija się para z Wielkiej Brytanii. Niestety mają problem z motocyklem – BMW GS 1200. Cały tył jest rozebrany: wał napędowy, koło, wszystko w częściach.

Dziś kolejny dobry dzień. Z rana pakowanie, ostatnie zakupy za bamy i opuszczamy Bośnię. Wita nas Chorwacja. Cel na dziś to osławiony Dubrownik. Do przejechania mamy zaledwie 72 km. Jest straszny upał, więc jedziemy spokojnie i robimy kilka przerw na podziwianie widoków. Dubrownik to obowiązkowy punkt każdej wycieczki, ale i bardzo przereklamowany, pełen turystów i komercji. Mimo to warto choć raz zagłębić się w jego mury aby wyrobić sobie własne zdanie. Docieramy na miejsce wymieniamy walutę i problem. Jest tyle turystów, że w kantorze brakuje kasy i właśnie mają zamykać. Z uwagi na to, że chciałem wymienić tylko 10 euro, miła pani jeszcze mnie wpuszcza i daje mi ostatnie chorwackie kuny. Teraz czas na szukanie campingu. Jest tylko jeden. W mieście wpisanym na listę UNESCO. Wiedziałem, że będzie drogo, ale to co nas spotkało to szok. Docieramy pod camping a właściwie potężny kompleks campingowy z ponad 300 miejscami. Idę do recepcji. Przed wyjazdem orientowałem się w kosztach na stronie campingu, ale jak się okazało nie wiele ona ma wspólnego z prawdą. Pan w recepcji rzuca mi cenę 47 euro. Za kawałek ziemi pod namiot. Podobnie jak reszta gości jestem w szoku, dlatego aby rozwiać wątpliwości Pan wyjaśnia, że strona nie jest wyznacznikiem i na kartce jeszcze raz pisze cenę. Mówię, że muszę to przemyśleć i odchodzę porozmawiać z Kurczakiem. Pada decyzja – zostajemy.

Niedaleko nas rozbija się para z Wielkiej Brytanii. Niestety mają problem z motocyklem – BMW GS 1200. Cały tył jest rozebrany: wał napędowy, koło, wszystko w częściach. Anglik jest na tyle zdeterminowany, że ogląda serwisówkę, siedzi na telefonie z jakimś mechanikiem i cały czas coś grzebie ubrany w pełne moto ciuchy, a upał jest ze 40 stopni Celsjusza.

Ruszamy na spacer do starego miasta. Mamy tam dokładnie 2800 m. Droga strasznie nas męczy upałem. Mamy ochotę rzucić się w morze ze skarpy. Kiedy docieramy już na miejsce pierwsze co rzuca się w oczy to straszny tłum turystów z wszelkich krajów. Ogromy ścisk i chaos. Nie lubimy takich warunków, ale co zrobić. Spokojnie spacerujemy uliczkami starego miasta, przechadzamy się wśród murów i po słynnych płytach z piaskowca, często mylonych z marmurem. Oglądamy główniejsze zabytki takie jak m.in Pałac Sponza czy Wielka Studnia Onofria z 1438 roku. Miasto robi wrażenie. W dawnym porcie zrzucamy ciuchy i w strojach wskakujemy do wody, w miejscu gdzie miejscowi i nie tylko zrobili coś na wzór basenu, jest nawet drabinka do wyjścia z wody. W wodzie od razu przyjemniej, aż nie chce się wychodzić. Zrelaksowani zwiedzamy dalej, spacerując wśród malowniczych wąskich uliczek. Tutaj już nie ma turystów, jest cisza, spokój i straszny upał. W drodze powrotnej trafiamy na ciekawe autko – Zastava 128. Kupujemy też kolację i pyszne chorwackie piwko Karlovacko.

Po kolacji robimy szybki spacer do Brazylii, bo oto jesteśmy na Copacabana Beach, tylko tej chorwackiej z widokiem na Most Franja Tuđmana, czyli Most Dubrovnik. Tutaj znów relaks i kąpiel. Po powrocie mamy jeszcze mało wrażeń, więc wybieramy się na spacer nad Marinę. Tam w blasku zachodzącego słońca odpoczywamy na ławeczce oraz oglądamy dwa pomniki minionych czasów – opancerzony pojazd Majsan oraz statek wojenny Sveti Vlaho. Wracamy na camping po 21:00. Camping pęka w szwach, podobno nie ma już wolnych miejsc. Czas na wieczorny prysznic i spanie. Prysznice i toalety są tak czyste, że można z nich jeść.

Dzień 6

Dziś od rana czujemy napięcie. To już dziś – wjeżdżamy do Albanii. Przed nami jeszcze kawałek drogi a dokładnie 233 km. Pakujemy się i lecimy. Wjeżdżamy nad miasto i oglądamy panoramę starówki. Potem lecimy już prosto do Czarnogóry. Niestety straszne korki, wszystko stoi. Jest tylko jeden pas, więc pomalutku jadę lewym pasem, pod prąd. Wszystkie auta ładnie zjeżdżają na pobocze i nas puszczają. Policja też nie robi problemów, widać, że są przyzwyczajeni do takich akcji. W Czarnogórze szybka akcja na granicy, okazanie zielonej karty i możemy jechać dalej. Znów straszny upał, wszak to Bałkany i lato. Chwila przerwy przy Zatoce Kotorskiej i ruszamy dalej. Ostatni przystanek to charakterystyczny symbol Czarnogóry – wyspa Sveti Stefan. Od XV istniała tu osada rybacka. W 2008 roku urządzono tu ekskluzywny kompleks wypoczynkowy sieci Aman Resorts, w którym ślub brał Novak Djokovic.

Na granicy znów korek, jadę bokiem i podjeżdżam pod bramki. Szyba odprawa i jesteśmy w Albanii. Mamy 10 km do Szkodry. Jedziemy przez małe wioseczki przypominające Rumunię. Jest biednie, aż piszczy. W Szkodrze, pierwszy szok. Drogi bez pasów, każdy jeździ jak chce, wszyscy trąbią, istny szał. Nasz cel to camping nad Jeziorem Szkoderskim. Nie bardzo wiem gdzie jechać, widzi to jeden z kierowców, zatrzymuje swoje BMW serii 7 na środku ronda, wysiada i podchodzi do nas i po angielsku pyta w czym może pomóc. Po chwili już wiemy jak jechać na camping, dziękujemy za pomoc i ruszamy. Zgodnie z wskazówkami docieramy bez problemu. Dojazd do samego campingu to szutrowa droga. Ciężko, ale dajemy radę. Podjeżdżamy po automatyczną bramę Lake Resorts. Camping położony pośrodku niczego, nad samym jeziorem. W recepcji jesteśmy mile przywitani i oprowadzeni po campingu, właścicielka płynnie i bez akcentu mówi po angielsku, jak się potem okazało to Angielka. Cena 12,5 euro. Warunki naprawdę super, prysznice i toalety nowoczesne i czyściutkie. Camping robi na nas bardzo pozytywne wrażenie. Do tego panuje tu miła, rodzinna atmosfera. Rozbijamy się koło Land Rovera na tablicach z Austrii. Podróżuje nim starsze małżeństwo. Szybko się przebieramy i lecimy do jeziora. Jezioro Szkoderskie to największe jezioro Półwyspu Bałkańskiego, położone w 2/3 na terenie Czarnogóry i 1/3 na terenie Albanii. Jest ono bardzo płytki – średnio ok. 7 do 10 m. My idziemy, idziemy a mamy wody po pas. Trochę jak w Balatonie. Woda jest za to bardzo ciepła.

Po kąpieli trochę zgłodnieliśmy, w pobliżu nie ma żadnych sklepów, więc postanawiamy, że dziś jemy na bogato i idziemy do zachwalanej campingowej restauracji. Zamawiamy dwa piwka Tirana i tradycyjny albański talerz dla dwojga. Piwko smakuje wybornie, a po chwili na nasz stół trafia nie jeden a kilka talerzy, na których znajdujemy grillowaną wołowinę, ryż po albańsku, czosnkowy chlebek, coś na kształt pity, pomidory, cebulę, oliwki, ser feta, ogórki, jogurt, konserwową paprykę i jeszcze inne dobrocie. Do tego pyszna oliwa z oliwek. Za wszystko płacimy 12 euro. Jedzenie jest pyszne i świeżutkie. Dosłownie wytaczamy się po posiłku, tacy jesteśmy objedzeni. Pierwszy dzień w Albanii to jeden wielki plus. Już czekamy na kolejne dni.

Dzień 7

Kolejny dzień pełen wrażeń. Cel na dziś to stolica – Tirana. Jak w każdej stolicy korki i zamieszanie. Tutaj wszystko jest razy trzy, bo to Albania. Do tego straszny upał. W samym centrum stolicy mamy zarezerwowany hotel, chcemy wyjść w miasto i chłonąć lokalną atmosferę. Najpierw musimy jednak odnaleźć nasz hotel, co wcale nie jest łatwe, wszak nie jest to Sheraton (który mieści się niedaleko naszego ), a hotel Italia. Hotel to szumna nazwa, ale oficjalnie ma trzy gwiazdki i jest hotelem. Zaczynamy pytać miejscowych jak dojechać pod wskazany adres, nikt nie wie. W końcu pomaga nam jeden z przechodniów, który poświęca swój czas i pomaga nam odnaleźć obiekt. Pyta również miejscowych, a potem dzwoni do samego hotelu i pyta jak się tam dostać. W między czasie dowiaduje się, że w obiekcie położonym koło nas (też hotel) niedawno była bomba i został zamknięty, nasz pomocnik, mówi, że dobrze, że to nie ten nasz. Dzięki jego pomocy odnajdujemy naszą noclegownię i możemy przystąpić do meldunku. Za 24 euro mamy klimatyzowany pokój, czysty, wysprzątany a do tego w łazience mamy nawet bidet. Znów kolejne zaskoczenie. Zrobiliśmy 108 km, więc jest dopiero ok. 12:00. Przebieramy się w cywilne ciuchy i ruszamy na zwiedzanie.

Wpadam na pomysł aby pojechać do miejscowości Durres. Jest to nadmorski kurort położony ok. 40 km od stolicy. Żeby jeszcze bardziej poczuć miejscową atmosferę jedziemy busem. Niestety kierowca zapomniał nam powiedzieć, gdzie mamy wysiąść i dopiero ok. 5 km za przystankiem, przypomniał sobie o nas. Zatrzymał autobus na środku autostrady, wysadził nas i powiedział, w którym mamy iść kierunku. Tak oto zostaliśmy sami na środku drogi w niezbyt przyjemnym otoczeniu. Dzielnica była szemrana, na poboczach drogi mieszkali ludzie w namiotach zrobionych z patyków i foli oraz innych materiałów jakie mieli pod ręką. W koło wszędzie pełno wysypisk śmieci, palących się ognisk itp. Jest wesoło. Trochę dziwnie wygląda dwója turystów z aparatem na szyi w tych warunkach, trochę zwracamy na siebie uwagę, ale generalnie wszystko przebiega spokojnie. Trzeba umieć odnaleźć się w każdych warunkach, więc spokojnie obserwowani przez miejscowych zaczynamy kroczyć poboczem w stronę naszej plaży. Kiedy już docieramy na miejsce, pot leje się po plecach. Zrzucamy ubrania i szybko ładujemy się do ciepłej wody. Wszędzie tłumy. Naród korzysta z pięknej pogody i Adriatyku. Na plaży jest nawet bar z polską flagą, a wzdłuż nabrzeża maszeruje osiołek obładowany melonami i arbuzami w ramach plażowego handlu.

Zaczynamy iść w stronę centrum i transport sam nas znajduję. Po drogach porusza się pełno małych busów od prywatnych przewoźników i każdy ma swojego naganiacza, czyli człowieka który chodzi tam i z powrotem i pyta każdego gdzie chce jechać. W naszym przypadku jest łatwo – Tirana. Wysiadamy w miejscu w którym wsiadaliśmy, więc czujemy się jak u siebie. Powoli idziemy w stronę naszego hotelu. W naszym bliskim sąsiedztwie znajduje się Stadion im. Qemala Stafy – czyli największy stadion piłkarski w Albanii, na którym akurat odbywa się mecz Legia Warszawa – FC Kuksie. Na zakończenie dnia arbuz. Spać można spokojnie, ponieważ motocykl stoi na zamkniętym podwórku u naszego gospodarza.

Dzień 8

Ostatnie 233 km dzieli nas od 5 dni wolnego i „plażingu”. Pokrzepieni tą myślą zbieramy się w dalszą drogę. Przed nami jeden z najgorętszych dni, temperatura płynu chłodzącego sięga rekordowych 118 C. Mimo wszystko dzielnie walczymy i jedziemy przed siebie, pokonując po drodze Durres, Vlore i Himarę. Na trasie robimy przerwę i zakupy w napotkamy przy drodze sklepie Carrefour – jedynym większym markecie na całym wyjeździe. Jako ciekawostkę można dodać, że pod palmą w cieniu, zaparkowany był policyjny motocykl z wsadzonymi w stacyjkę kluczykami. Nic, tylko wsiadać i jechać. W końcu zjawił się jego właściciel, pomachał nam w geście moto pozdrowienia i pojechał na rondzie w prawo pod prąd, no bo po co je objeżdżać w koło i tracić czas.

Droga go naszego campingu wiedzie przez przełęcz Llogara, która leży na wysokości 1010 m n.p.m.. Mozolnie wspinamy się pod górę po krętych serpentynach i prażącym słońcu. Z góry mamy piękny widok na Albańską Riwierę. Niestety piękny krajobraz psują porozrzucane tu i ówdzie dzikie wysypiska śmieci, dodatkowo zamieszkane i przeczesywane przez bezdomnych, w towarzystwie żywego inwentarza w postaci owiec i kóz. Lokalni muszą sobie radzić, dlatego kolorytu i zapachu dodaję jeszcze rozpalone ogniska, przy których prawdopodobnie opala się np. przewody z izolacji. Nie muszę chyba dodawać jaki przy tym wszystkim panuje zapach w temperaturze ponad 30 stopni Celsjusza.

Zmęczeni ale i zadowoleni docieramy do naszego campingu położonego praktycznie przy samej plaży. Po krótkich negocjacjach ustalamy cenę 10 E za noc, czyli 60 E/6 nocy. Koniec z codziennym zwijaniem namiotu i pakowaniem się rano, czas na urlop.

Camping Kranea to jeden z wielu w okolicy, ale nam najbardziej przypadł go gustu. Posiada miłą obsługę, czyste toalety i prysznice oraz oferuję sporo miejsca w cieniu, co przy takich upałach ma znaczenie. Dodatkowo panuje tu rodzinna atmosfera i możemy spotkać gości z prawie całej Europy. W pobliżu znajdziemy również kilka małych sklepików, sporo restauracji oraz długą kamienistą plażę do naszej dyspozycji, gdyż turystów jest niewielu. Dla ludzi, który nie przepadają za komercją i dzikimi tłumami to idealne miejsce, choć już za kilka lat to się zmieni bo widać powstające powoli hotele. Na razie jednak jest cisza i spokój.

Dzień upływa nam na zapoznaniu się z okolicą, rozbiciu obozu i przygotowaniach do dłuższego pobytu – zagospodarowania miejsca wkoło nas, przygotowania kuchni i stołu z krzesłami – wszystko możemy znaleźć na campingu. Zapomniałem dodać, że mamy też campingowego pieska – Clarę.

Plan najbliższe dni to piesza wycieczka do miejscowości Himara, leżenie, pływanie i fakultatywna wycieczka do Grecji.

Artur Mańtok

Dodaj komentarz

CAPTCHA
Przepisz kod z obrazka.